„Operacja”

Sen jest dość obleśny, jednak w takcie śnienia nie wydawał się ani trochę.

Wchodzę do szpitala. Składa się z dużych sal, wzdłóż ścian stoją ławki, na ławkach siedzą chorzy. Trędowaci, matki z kaszlącymi dziećmi, jakcyś żołnierze bez nóg – wszystko, co najgorsze. Bardzo mi się to nie podobało, więc poszedłem dalej. Doszedłem do pomieszczenia z okienkiem w ścianie. Okienko miało kształt taki, jak jest w barach mlecznych do oddawania brudnych naczyń. Głębokie, z ladą, jednak szerokie na około 2 metry. I leżałem na nim ja, z otwartym brzuszkiem, jak na stole operacyjnym. Podszedłem bliżej, zza lady pani ubrana na biało (taka kucharko-pielęgniarka) podała mi tabletkę. Zjadłem ją, zacząłem się krztusić, a z ust zaczęła wychodzić mi moja własna nerka z tymi wszystkimi „rurkami”. Pani z okienka wyjęła ją do końca i zabrała pod ladę. Jednocześnie z brzucha „mnie” leżacego wyjęła także nerkę, wyciągneła salaterkę napełnioną jakimś przeźroczystym płynem i wsadziła organ do niej. Następnie zwróciłem własną wątrobę, pani zabrała, a z brzuszka leżącego wyjęła także wątrobę i upchneła ją do jakiegoś przypadkowego naczynia. Powiedziała, że przed operacją w brzuchu nie może być żadnych organów. I patrzłem sobie na otwartego „siebie”, wokół piętrzyły się flaczki powkładane w kubki, salaterki, garnki itd. Cała procedura powtórzona została kilkakrotnie, po czym obudziłem się.

, 25.01.2009



Trzeba być zalogowanym by zostawić komentarz.